Cały czas się o coś spieramy, wykłócamy, atakujemy i uciekamy. Ten blog będzie o konkretnych umiejętnościach, dzięki którym można się dogadać - jak ktoś ładnie powiedział - "łagodnie, stanowczo i bez lęku". Ten blog jest nie dla tych co chcą tylko czytać, ale dla tych którzy chcą ćwiczyć i poznać tajniki komunikowania się z innymi ludźmi ;-)
Kategorie: Wszystkie | Mówienie | Słuchanie
RSS
wtorek, 17 listopada 2009
Gniew

W ciągu tylu już lat zmagania się z gniewem, najbardziej skuteczną okazała się następująca metoda: nie gniewamy się z reguły na innych, jak nam się najczęściej zdaje, ale na siebie, że ci inni nas gniewają.

22:58, trener66
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 lutego 2006
Witaj smutku
Przyszło mi do głowy, żeby napisać mały suplement do wczorajszego postu. Od kilku postów kręcę się wokół i zachęcam do patrzenia na siebie i na innych poprzez pryzmat tego co "najpiękniejsze".
Ale powinienem chyba powiedzieć, że kiedy tak patrzymy, nierzadko przychodzi smutek. Dlaczego?
Jednym z powodów może być to, że widzimy czyjeś (a może nasze własne również?) niewykorzystane możliwości. Życiową pułapkę, w której się ktoś znajduje i jak mucha z butelki - nie potrafi się z niej wydostać. Lub brak śmiałości by sięgnąć po to czego pożąda. Albo gniew, ktory oddziela od spokoju i satysfakcji w kontaktach z innymi.
Wszystkie może mają tą samą przyczynę. Fakt, że to "najpiękniejsze" jest kruche, nietrwałe, podatne zranienie itd.
Przypomina się w tym momencie piosenka Stinga "Fragile":
"If blood will flow when flesh and steel are one
Drying in the colour of the evening sun".
Można to chyba przetłumaczyć tak:
"Gdy płynie krew, a ciało i stal stapiają sie w jedno
schnąc w kolor słońca o zmierzchu".
Jakby piękno łączyło sie z przerażeniem. Jakby piękno czegoś można było mierzyć jego ulotnością.
I przychodzi mi do głowy wers innej piosenki, autorstwa tym razem Cole Portera:
"The joy that you find here you borrow
You cannot keep it long it seems."
czyli:
"Szczęcie, które tu znajdujesz,jest pożyczone
i trwa jedynie chwilę, tak się zdaje."
Może zatem trzeba kochać siebie i innych właśnie za to, że przemijają?


piątek, 10 lutego 2006
A co?
Ufff!

Zrobiła się tak długa przerwa, że sam zapomniałem o czym chciałem napisać...

Proszę o wybaczenie i piszę co też mi się nasuwa samo do głowy tego śnieżnego wieczora. Ciekawa jest Twoja uwaga poszłabym... o tym jak oceniamy siebie. I o treningu jaki odbieramy.

Weźmy taki jazz. Jak wiadomo jest to inaczej mówiąc muzyka improwizowana. Jest niezwykłe, że najlepsze jazzowe nagrania powstają spontanicznie w trakcie jazz sessions. Wszystkim chyba znana jest płyta Milesa Davisa "Kind of Blue". Po latach uczestniczący w tym nagraniu pianista Billy Evans wspominał, że Miles dopiero na pół godziny przed nagraniową sesją wytłumaczył im pobieżnie co mają grać. Następnie musiało im wystarczyć słowo lub dwa w czasie samego nagrania.

Opowiadam tę historię, bo sądzę, że zanadto wagi przywiązujemy do naszych ocen siebie. Trzeba się ćwiczyć w autoironii, trzeba sobie pozwalać na bycie niespójnym, trzeba akceptowac to, że często w oczach swoich i innych prezentujemy sie jak idioci. Bo ważne są tylko te chwile, gdy dochodzi do głosu to, co w nas najcenniejsze.I przejawia się ono dość często w naszej spontaniczności właśnie.

"Kind of Blue" stało się płytą tak ważną dla wielu ludzi, że nie przestawali mimo wpływu lat pytać o nią Milesa. Lecz on niezmiennie odpowiadał: "Ludzie! Weszliśmy do studia, w tym okreslonym czasie i miejscu zagraliśmy kilka dobrych kawałków, a potem wyszliśmy ze studia. Ludzie zapytajcie mnie co TERAZ robię! Gram z kilkoma świetnymi facetami!".

I tym muzycznym akcentem odsyłając chętnych do wysłuchania "So What" albo "Blue in Green" kończy swój tekst:

Trener66



poniedziałek, 23 stycznia 2006
To, co najpiękniejsze

Witam :-)

Credo80 - oczywiście nie ma się co sprzeczać o słowa. Ocena wydaje mi się związana ze słowem "cena", zatem z czymś względnym, co zawsze jest relatywne. A słowo wartość wydaje się bardziej związane z tym co niezmienne, czego nie można podważyć, co jest ważne samo w sobie.

Ale można spytać - jak juur - czy w ogóle istnieje jakaś obiektywna wartość? Poza nauką, poza religią, poza całym naszym zwątpieniem i relatywizmem?

Moja ciocia często mawiała, że jeszcze żadna małpa nie sczłowieczała, ale juz wielu ludzi zdołało zrobić z siebie małpę. Spróbujmy pójść tą ścieżką. Co odróżnia wielkich ludzi od szarych? Czy cel, który osiągnęli czy to JAK przeszli drogę ku niemu?

Dlatego myślę, że rozmawiając z innym człowiekiem trzeba starać się odkryć tę wartość obiektywną danej osoby - często jest to czyms z czego ta osoba nie zdaje sobie sprawy - a co jest w niej najcenniejsze.

A jeśli ktoś zada - jak pasiwo - pytanie jak można się nauczyć tę wartość rozpoznawać, to odpowiem, że tylko starając się ze wszystkich sił poznać siebie. I wtedy zniknie problem subiektywności versus obiektywności i różnych wartości dla różnych osób. Ponieważ kto rozpoznał to, co najpiękniejsze w sobie, to może to rozpoznać także u innych.

Tę ostatnią myśl rozwinę szerzej w następnym poście. I bardzo dziękuję za ciekawe komentarze :-))

T66

środa, 18 stycznia 2006
Od epecho do apore

Cześć :-)

No to trochę "ponieocenialiśmy" sobie. Jak było? Hmm... odezwały się głosy, że to niemozliwe żeby nie oceniać. Dlaczego? Bo już, żeby podjąć decyzję żeby nie oceniać musimy najpierw ocenić sytuację!

Cwaniaczki... a jednak twierdzę, że możemy rozwijać w sobie ten potencjał. To tylko analityczny umysł stawia nam takie pułapki. Ale żeby nasze ja znajdowało się w harmononii warto też rozwijać naszą bardziej intuicyjną, holistyczną percepcję. Świata i siebie.

O tym, że jest jak pisałem w poprzednim poscie świadczą jedne z najbardziej fascynujących odkryć psychologii ostatnich lat. Mam na myśli badania na przykład nad lateralizacją. Moja sugestia dotyczyła próby praktycznego wykorzystania tego co wiemy dzięki tym badaniom. I tego, czego nie wiemy, lecz przeczuwamy ;-)

Zatem kiedy juz popracowaliśmy nad wyrobieniem w sobie takiej wewnetrznej przestrzeni nieoceniania, czegoś co starożytni sceptycy określali słowem "epecho", gdzie powiedzie nas ta droga?

Myślę, że w takim kierunku, żeby zamiast oceniać spróbować wartościować. Nie zwracajmy uwagę na semantyczne subtelności, bo te procesy różnią się od siebie jakościowo, diametralnie, choć niewielu chyba zdaje sobie z tego sprawę. Wartościowanie tym bowiem różni się od oceny, że następuje ze względu na jakąś WARTOŚĆ OBIEKTYWNĄ!

I trzeba rzec mocno, że aby móc oceniać siebie i innych trzeba tę wartość poznać. Inaczej będzie to błądzenie we mgle lub walka z wiatrakami.

Ale o tym jak zwykle w następnym odcinku (który tym razem nastąpi wkrótce).

Pozdrawiam i dziękuję za inspirujące komentarze!!!

niedziela, 08 stycznia 2006
Po pierwsze Nie Oceniaj
Witam :-)

Przyszła mi właśnie do głowy ciekawa rzecz i postanowiłem przerwać na chwilę wakacje.

Przy okazji notek o umiejętnościach słuchania drugiej osoby i o udzielaniu informacji zwrotnych pisałem o...no właśnie! Czy zauważyliście, że niejedna bardzo ważna umiejetność w życiu człowieka polega na NIE robieniu czegoś?! Dokładnie tak jest z NIE OCENIANIEM.

Kiedy słucham uważnie drugiej osoby, nie ocenianie jest mi potrzebne, aby nie fałszować przekazu tym jak go interpretuję. Gdy zaś udzielam informacji zwrotnych to staram sie nie oceniać całego człowieka, a odnosić się tylko do zachowań, bo taki mój komunikat lepiej pomaga drugiej osobie zrozumieć co trzeba zmienić w swoim zachowaniu. Ale rzecz cała ma też POZIOM GŁĘBSZY, o którym wtedy nie pisałem.

Nie ocenianie może byc ważne nie tylko ze względu na komunikowanie się z innymi, ale i ze względu na nas samych. Nasz UMYSŁ postrzega świat przez okulary różnego rodzaju dualizmów: dobre-złe, przyjemne-przykre, piękne-szpetne itd. Rozumiemy świat jako taniec przeciwieństw. Przeciwieństwa te są silnie zakorzenione w naszym języku i w naszych emocjach, w tym jak wartościujemy wszystko to co spostrzegamy. Czy jednak takie spostrzeganie dobrze oddaje rzeczywistość?

Nie.

Takie spostrzeganie jest dziedzictwem naszego ewolucyjnego rozwoju. Kiedy byliśmy tylko zwierzętami musieliśmy szybko i zdecydowanie klasyfikować rzeczy jako zagrażające lub nie. Dzisiaj taki punkt widzenia jest nieadekwatny. Aby dobrze funkcjonować potrzebujemy zobaczyć siebie w szerszym kontekście związków z innymi ludźmi, w kontekście zależności od idei i tradycji.

Aby móc niejako otworzyć nasze rozumienie na ten wymiar egzystencji warto spróbować ĆWICZYĆ NIE OCENIANIE innych, ale i siebie. Niech to zatem będzie propozycja ćwiczenia na najbliższy tydzień. A potem napiszę jaki mozna wykonac następny krok.

Dziekuję serdecznie za wszystkie inspirujące pozdrowienia ;-)))

T66

poniedziałek, 21 listopada 2005
Dziękuję :-)))

Witam serdecznie!

Nadeszła chwila odpowiednia na zakończenie tej przygody. Rozstać się z klasą to chyba jest najtrudniejsze zadanie. Niewiele przychodzi mi do głowy. Chciałbym jednak bardzo podziękować wszystkim uważnym czytelnikom tego bloga. Ze szczególnym ywzględnieniem:

credo80 trzymam kciuki za Twoje plany wyjazdowe :-)

pasiwo

brida

poszlabymzatobahej

teyfi.

Życzę powodzenia w pisaniu Waszych wspaniałych blogów.

Trener66 :-)

niedziela, 13 listopada 2005
The End
Witam :-)))

Tak. Popełniłem tego wieczoru same błędy.

Po pierwsze, powinienem wreszcie dac doktorowi wygrać ;-) Może nie byłby wtedy taki zdenerwowany i nie wybiegłby na balkon, pozbawiając mnie mojej upatrzonej roli.

Po drugie, niepotrzebnie wziąłem szalik. Kiedy bowiem zbiegłem i wypowiedziałem swoją niesmiertelna kwestię mój przeciwnik chwycił za szalik i zaczął mnie po prostu dusić!

Nagłe odcięcie powietrza paradoksalnie rozjaśniło mi w głowie i zadałem sobie pytanie: co mogłem zrobic inaczej, gdybym najpierw posłuzył się Rozumem?

Aha.

Jeśli już musiałem zareagować mogłem dołączyć do niego i może krzycząc razem po prostu szybciej osiągnelibyśmy efekt. I byłoby może śmieszniej i mniej straszno.

I szalik by ocalał, bo musiałem go porwać na strzepy, aby złapać powietrza i nakopać pijakowi do tyłka.

Na koniec obiecana kwestia filozoficzna: żeby komuś coś zakomunikowac trzeba wziąść pod uwagę jego wolę i możliwości.

Pozdrawiam serdecznie w końcówce tego cudownie jesiennego weekendu !

Aha. Bardzo dziękuję za Wasze bardzo ciekawe pomysły poradzenia sobie z sytuacją. Zachowam je na następne okazje i kto wie...
sobota, 05 listopada 2005
ciag dalszy następuje
Doktor w końcu nie wytrzymał. Zerwał się na równe nogi, wybiegł na balkon i zaczął bluzgać na panienkę.

Była to rola , której odegranie przemknęło mi przez głowę. Co powinienem zrobić w momencie, gdy została już obsadzona przez kogoś innego?

Jednym haustem dopiłem whisky ze szklanki, przewiązałem szyję szalikiem (bo zrobiło się już późno, a wieczorami jest już naprawdę zimno) i pobiegłem do windy.

Jadąc 9 pięter w dół rozważałem co powiem facetowi w dresie:

Czy zapytam go PO CO W OGÓLE LUDZIE POROZUMIEWAJĄ SIĘ ZE SOBĄ?

Nonsens.

Może zapytać go czy budzenie całego osiedla z powodu miłości do tej prostytutki uważa za czyn sprawiedliwy i godny cnotliwego męża?

Eee.

Albo czy uważa, że publiczne wyzywanie kobiety, niezależnie od jej prowieniencji, dodaje mu uroku w jej oczach i szacunku w uszach sąsiadów?

Winda dotarła na parter, a mój fenomenologiczny opis zjawiska był prawdę mówiąc w lesie! Wyszedłem przed blok. Podszedłem do dresu z napisem Polska. I mówię:

- Dobry wieczór.- i ponieważ tylko to przychodziło mi do głowy, dodałem - czy mógłby Pan zamknąć dziób!

O filozoficznym epilogu tego zdarzenia napiszę w następnym poście ;-)

Pasiwo, brida dzieki za ciekawe komentarze. Odniosę się do nich w nastepnym poście.

Pozdrawiam :-)))


środa, 02 listopada 2005
Szekspir na Mokotowie
Witam :-)

Pasiwo, oczywiście masz rację. Na poziomie psychologicznym wszyscy mamy podobne potrzeby (wymieniałem je w jednym z początkowych postów, ale nigdy dość powtarzania tych akurat informacji). Chcemy być:

- dostrzeżeni
- wysłuchani
- zrozumiani
- docenieni.

A gdyby jednak drążyć głębiej? Co na poziomie egzytencjalnym?

Mieszkam na Mokotowie. Kiedyś była to dzielnica inteligencka, teraz wiele mieszkań wynajmuje tu blockerska młodzież. Dochodzi do zabawnych sytuacji.

W bloku obok mieszka pewien doktor filozofii, z którym grywam w szachy. Mamy taką umowę, że jak przegrywa partię (a zawsze ze mną przegrywa) mogę mu zadać pytanie pytanie dotyczące jakiegoś problemu filozoficznego. Mogę zadać tyle pytań ile zechcę, a doktor musi odpowiadać tak długo, aż ja poczuję się usatysfakcjonowany. Wczoraj wieczorem znów spotkalismy się i zadałem doktorowi pytanie jak w poprzednim poście. I doszło do dziwnego zbiegu okoliczności.

Doktor mieszka na dziewiątym pietrze, a trzy piętra niżej, dokładnie pod jego mieszkaniem mieszka młoda prostytutka. Jest to doprawdy kurwiszcze, myślę, że pracuje w jakiejś agencji towarzyskiej. Jest wulgarna, opryskliwa, próżna i głupia do nieprzytomności. Właśnie do niej zajechała wczoraj taksówką marki Dacia trójka kawalerów.

Jeden z nich sie wyróżniał tym, że ubrany był w krwawoczerwony dres z napisem Polska i był już dość pijany. Ten nasz rodzimy Romeo stanął pod balkonem na parterze (do bloku wejść nie można jeśli nie ma się klucza lub ktoś nas nie wpuści) i zaczął tak krzyczeć do swej Julii:

- Zejdź k...wo! Zejdź ku....o na dół, ale to już!

Ona otwarła balkon (dlaczego????) i zaczęła się rozmowa:

- Nie zejdę, spie.....laj!

I tak w tym guście przez nastepne pół godziny, głośno, bez skrępowania, "na uszach" całego osiedla. Doktorowi odebrało głos. No bo dlaczego tych dwoje ze sobą rozmawiało???

Co się stało następnie napiszę jak zwykle w kolejnym poście.

Pozdrawiam!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6