|
|
Cały czas się o coś spieramy, wykłócamy, atakujemy i uciekamy. Ten blog będzie o konkretnych umiejętnościach, dzięki którym można się dogadać - jak ktoś ładnie powiedział - "łagodnie, stanowczo i bez lęku". Ten blog jest nie dla tych co chcą tylko czytać, ale dla tych którzy chcą ćwiczyć i poznać tajniki komunikowania się z innymi ludźmi ;-)
Blog > Komentarze do wpisu
A co?
Ufff!
Zrobiła się tak długa przerwa, że sam zapomniałem o czym chciałem napisać... Proszę o wybaczenie i piszę co też mi się nasuwa samo do głowy tego śnieżnego wieczora. Ciekawa jest Twoja uwaga poszłabym... o tym jak oceniamy siebie. I o treningu jaki odbieramy. Weźmy taki jazz. Jak wiadomo jest to inaczej mówiąc muzyka improwizowana. Jest niezwykłe, że najlepsze jazzowe nagrania powstają spontanicznie w trakcie jazz sessions. Wszystkim chyba znana jest płyta Milesa Davisa "Kind of Blue". Po latach uczestniczący w tym nagraniu pianista Billy Evans wspominał, że Miles dopiero na pół godziny przed nagraniową sesją wytłumaczył im pobieżnie co mają grać. Następnie musiało im wystarczyć słowo lub dwa w czasie samego nagrania. Opowiadam tę historię, bo sądzę, że zanadto wagi przywiązujemy do naszych ocen siebie. Trzeba się ćwiczyć w autoironii, trzeba sobie pozwalać na bycie niespójnym, trzeba akceptowac to, że często w oczach swoich i innych prezentujemy sie jak idioci. Bo ważne są tylko te chwile, gdy dochodzi do głosu to, co w nas najcenniejsze.I przejawia się ono dość często w naszej spontaniczności właśnie. "Kind of Blue" stało się płytą tak ważną dla wielu ludzi, że nie przestawali mimo wpływu lat pytać o nią Milesa. Lecz on niezmiennie odpowiadał: "Ludzie! Weszliśmy do studia, w tym okreslonym czasie i miejscu zagraliśmy kilka dobrych kawałków, a potem wyszliśmy ze studia. Ludzie zapytajcie mnie co TERAZ robię! Gram z kilkoma świetnymi facetami!". I tym muzycznym akcentem odsyłając chętnych do wysłuchania "So What" albo "Blue in Green" kończy swój tekst: Trener66 piątek, 10 lutego 2006, trener66
Komentarze
2006/02/11 22:30:27
W muzyce takich facetów, którzy żyją dla jazzu i dla niego się urodzili - każde ich brzdęknięcie struny, dźwięk perkusji jest MUZYKĄ.
Tyle, a wiem to z pewnego bardzo źródła, że - ich życie jako partnerów, ojców, męzów, kochanków, czyli normalnych ludzi bywa nie muzyką, a dramatem. Szkoda, że ich sztuka nie przekłada się na nic innego... 2006/02/12 18:46:59
hmm.. zawsze są jakieś koszty..
Dla mnie akurat w bardzo egoistyczny sposób ważne jest to co zosawiają.. czyli muzyka... która jest niezastąpiona... nieprzemijalna.. 2006/02/13 20:40:30
dawno temu byłam pasjonatką Lubelskich Spotkań Wokalistów Jazzowych:) Słuchałam, podziwiałam i czułam wolność pełną piersią:)
|
Ale chętnie oczywiście posłucham również "So What" czy "blue in Green"...
Faktycznie chyba zbyt dużą wagę przykładamy do oceny siebie... porównań z innymi..(to przynajmniej mój bzik.. i oczywista z każdego porównania wychodzę tragicznie).... Ale pewnego dystansu do siebie nabiera się z wiekiem...
A w niespójności to ja jestem geniusz... to winno być moje drugie imię.. no trzecie.. ;o)...
pozdrawiam.... baaaardzo serdecznie.. :o)